Żona

Czytałam ostatnio genialny wywiad Romana Praszyńskiego z Kamilem Durczokiem dla jednej z kolorowych gazet. Wywiad przepełniony prawdą, skruchą i przemyśleniami dojrzałego faceta, który będąc na samym szczycie upadł z łoskotem. Który mając wszystko, stracił to co w życiu najważniejsze. Który popełniając błędy zapłacił za nie wysoką cenę. Wywiad smutny, ale nasuwający wiele wniosków, które można by przedkładać i głosić na ambonie ku przestrodze.

– Pana była żona pomogła Panu w biedzie?

Bardzo. Gdy ja się rozsypywałem, gotowała obiad i mówiła: „dziś jest wtorek. To jest obiad. Tylko to się liczy. A jutro będzie środa. Jutro się nią zajmiemy.

– Gubię się. Rozstaliście się w 2011 roku, a mówi Pan, jakbyście żyli razem?

Powiedzmy tak, jesteśmy sobie nadal bardzo bliskimi ludźmi. (…) Strasznie trudno mi akceptować to, że czasem bardzo się różnimy. Czasem się pokłócimy i nie lubimy się. Ale tego, co wtedy zrobiła, nigdy jej nie zapomnę.

– Co zrobiła?

Stanęła za mną. Tak po prostu najnormalniej na świecie. Znała mnie jak nikt inny, po 20 latach małżeństwa i prawie 25 latach związku. Wiedziała, że nawet jeśli wobec niej zachowałem się kiedyś nie w porządku, to nie jestem złym człowiekiem. I nikomu nigdy nie zrobiłem świadomie krzywdy. Dlatego za mną stanęła. Bez względu na osobistą cenę, jaką musiała zapłacić.

– Słyszę, że to mocny związek?

Tak, ale Pan tym pytaniem potwierdza, że w Polsce związek musi być łatwo definiowalny. Są razem, nie są razem. Zdradzają, nie zdradzają. Są małżeństwem rozwiedli się. Podziały w życiu są czasem dużo bardziej skomplikowane. (…)

– TVN rozbiło Panu małżeństwo?

Nie małżeństwo rozbiłem ja. Jeśli gdziekolwiek miałbym szukać winy, to wyłącznie po swojej stronie. Dlatego, że to ja prowokowałem, ja odreagowałem telewizję i stresy.

– Na weekendy do Katowic i bania?

Też. Przywoziłem do domu ten świat, który zajmował mnie przez tydzień roboczy. Moja żona nie miała i nie musiała mieć ochoty na słuchanie, co mnie w „Faktach” męczy. Chciała mieć swojego faceta w domu, który posłucha, czym ona przez ten tydzień żyła. A do tego dochodziły – co tu dużo kryć – rozmaite słabości charakteru. Faceta, który przez tydzień jest sam w Warszawie.

– Warto było?

Nie umiem zrobić takiego bilansu. (…) Może dlatego, że się nie da, bo nie jest jednoznaczny, nigdy nie będzie. Może wreszcie dlatego, że sam się boję, że powiem, że nie było warto. I to by było przyznanie się do klęski. Ale chyba druga odpowiedź jest najbardziej prawdziwa. Kto ambitny, ciekawy świata, trochę próżny nie chciałby być w miejscach, w których byłem? Gdzie działa się historia. (…) Potem patrzę ile przecierpiała moja żona. Z ilu rzeczy musiała zrezygnować, na ile nie miała siły. Jak niewiele miał ojca, i to w ważnych latach dorastania, mój syn.

Jakim jest się ojcem w Intercity?

Typowo weekendowym, pozwalającym na wszystko. Uwielbiającym dziecko, rozpieszczającym do granic. Bezczelnie i zarozumiale pozostawiający bycie „tą złą” i „tą wymagającą” żonie. Cholranie to wygodne, cholernie egoistyczne i cholernie nieuczciwe wobec partnerki. Bo dzieciak, myślę, sporo ode mnie dostał. Nie tylko go rozpieszczałem. Myślę, że fajnie, zwłaszcza w ostatnich latach pogadaliśmy. Na pewno zasługą mojej żony jest to, że on potrafi rozróżniać dobro od zła. Ma jeden z najtrzeźwiejszych osądów sytuacji w całej rodzinie. Niezwykle wyważony facet, na pewno bardziej niż ojciec. (…)

(…)

– Po co było to wszystko?

Żeby w moim życiu coś się zmieniło. Żeby zburzyć ten rytm, tę złotą klatkę, w której utknąłem. Bo sam nigdy bym się z niej nie wydostał. I nie wiem, jakby się to wszystko skończyło. Może bym popadł w absolutny alkoholizm? Ale gdybanie nie ma sensu. Jeśli mam coś dobrego z tego wyciągnąć, to właśnie to, że układam sobie życie na nowo. Już nie dam się zamknąć w jednym miejscu. (…) *

 

 

Wywiad jest długi … dowiadujemy się z niego również, że Kamil Durczok po rozstaniu z żoną układał sobie życie z kimś innym (z żoną nie są po rozwodzie) i nagle przychodzi mi na myśl małżeństwo Michała Figurskiego i Odety Moro, w obu przypadkach, opacie odnalazło się nie w kochance, konkubinie, partnerce a …  (o dziwo) w  żonie.

 

KIM TAK NAPRAWDĘ JEST ŻONA?

To ta kobieta, która kiedyś była dla Ciebie całym światem, dopóki nie nałożyłeś jej obrączki i nie obarczyłeś swoim życiem, problemami i porażkami. To ta sama kobieta, z którą chodziłeś na długie spacery i uprawiałeś sex w samochodzie, zanim zaszła w ciążę, otrzymała w darze 20 nadprogramowych kilogramów, rodziła 15 godzin a potem przeszła depresję poporodową radząc sobie samotnie pomiędzy jednym karmieniem, wyprowadzaniem psa, przewijaniem dziecka i przygotowaniem Ci obiadu, kiedy wracałeś zmęczony po pracy do domu, zastanawiając się co robiła przez ostanie 10 godzin, kiedy Ty ciężko pracowałeś. To ta sama kobieta, która wstawała w nocy do twojego dziecka, byś mógł się wyspać, a sama funkcjonowała przez pierwsze mięsiące życia waszego dziecka jak w amoku. To ta  kobieta, która nakładając obrączkę na serdeczny palec pogodziła się ze stereotypem kury domowej i odpuściła wszystkie swoje marzenia i plany dotyczące kariery zawodowej, bo wypadało się pogodzić z ambicjami męża i postawić je na pierwszym miejscu, tłumacząc, że po kilku fakultetach, które zaliczyła szczytem jej marzeń, tak naprawdę było urodzenie dziecka (częściej dwójki lub trójki) i oddanie się im do momentu osiągnięcia dojrzałości w 100 %, bo przecież na tym polega prawdziwa matczyna miłość. To ta sama kobieta, która podawała Ci lekarstwa, gotowała rosołek i biegała z ładowarką do twojego smatfona, kiedy z temperaturą 37 stopni i lekkim katarem mówiłeś, że umierasz i nie znajdujesz na nic sił oprócz surfowania po necie. To ta kobieta, która w weekend zamiast odpoczywać  na leżaku, kosiła  trawnik i sprzątała wasz wspólny ogródek, kiedy Ty z przyjacielem wyskakiwałeś na rower, bo odnalazłeś w sobie kolejną pasję, którą ona akceptowała i dzielnie dopingowała.  Ta sama, z którą umawiałeś się na romantyczny wieczór, ale wypad na piwo z kolegami powodował, że zmieniałeś plany. To ta sama kobieta, która czekała na Ciebie, martwiła się, płakała po nocach mając świadomość, że nie zostałeś po godzinach w pracy tylko jechałeś do kochanki, a dzieciom mówiła, że harujesz na  chleb.

ROLLERCOASTER I SPIRALA

Małżeństwo to swoistego rodzaju najbardziej ekstremalny rollercoaster przyprawiający o zawrót głowy. Konstrukcja z wysokimi wzniesieniami i stromymi spadkami, gwałtownymi zakrętami, powodującymi zmiany napięcia i ekscytacji jak w kalejdoskopie. To swego rodzaju spirala, która niespodziewanie zakręca w nowe doznania, życiowe wątki i nowe patologie, jednocześnie utrzymując nas w przekonaniu, że ten wagonik do którego kiedyś zdecydowaliśmy się wsiąść to musi być po prostu miłość… i nagle po roku, pięciu czy piętnastu lachach zaczynamy rozumieć, że nikt oprócz nas samych nie jest w stanie zasypać kanionów naszych niedowartościowań, nikt z nas nie jest odpowiedzialny za to na co się same świadomie godzimy, składamy z siebie ofiarę, której i tak nigdy nikt nie doceni. Kiedy dochodzimy do wniosku, że żona to nie istota do poświęcania się dla męża (wbrew panującemu stereotypowi) dla dzieci, dla domu … a mąż to nie pępek świata, któremu się należy nasza ofiarność, czysty dom, zadbany ogród, dobrze wychowane i wykształcone dzieci oraz kochanka, która zastąpi nas we wszystkich przyjemnościach, do których z punktu widzenia męża po prostu  się nie nadajemy –  składamy wypowiedzenie i zwalniamy się w trybie natychmiastowym bez okresu wypowiedzenia. I tutaj dochodzę do meritum, bo nagle okazuje się, że rola żony nigdy nie musiała się ograniczać do wyręczania męża, matkowania mu, bezgranicznego oddania i godzenia się na wszystkie jego wyskoki, że tak bardzo wszyscy się pomylili pisząc żonom taki sceniariusz, robiąc przy okazji pożywkę z nich dla demotywatorów … ale przede wszystkim  do wspierania męża takim jakim jest, z wszelkimi wadami, niedoskonałościami i ułomnościami które posiada, a których sam nie potrafi naprawić … bo małżeństwo, rodzina są tylko i wyłącznie tym, co sami z nich czynimi, a żona to kobieta, która pomimo lęku wysokości zdecydowała się wsiąść do wagonika rollercoastera w parku rozrywki zwanym pospolicie … małżeństwem i być przy mężu na każdym (nawet tym najbardziej ostrym) zakręcie jego życia, bo przecież ten wagonik do którego kiedyś zdecydowała się wsiąść to była po prostu …

m i ł o ś ć …

 

* Fragment cytowanego wywiadu pochodzi z dwutygodnika VIVA nr 20 z dnia 6 pażdziernika 2016r. 

1 komentarz / ocena

Dodaj komentarz / ocenę

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pin It on Pinterest